Koszykówka

Bartłomiej Bartoszewicz: Jestem szczęśliwy z tego, co przeżyłem w ŁKS-ie

Jest w Łódzkim Klubie Sportowym ponad dekadę. Pamięta grę na parkietach ekstraklasy w hali pod trybuną starego stadionu, a obecnie jest liderem drugoligowej drużyny. W czwartym odcinku cyklu „Rozmowy przy U2” porozmawialiśmy z przedstawicielem sekcji koszykarzy – Bartłomiejem Bartoszewiczem.

13 lat to z twojej perspektywy długi okres czasu?

– Nigdy się nad tym chyba nie zastanawiałem. Nie mam pojęcia.

Zadałem to pytanie dlatego, że w ŁKS-ie, z małą przerwą, jesteś właśnie te 13 lat. Jaki to był czas dla ciebie?

– Zaczęło się chyba w szóstej klasie podstawówki, już wtedy w ŁKS-ie byłem. Od zawsze wiedziałem, że chcę tylko i wyłącznie w ŁKS-ie grać. Nie chciałem wyjeżdżać z miasta. Tak się złożyło, że musiałem, bo nic tutaj nie było za bardzo do grania, więc poszedłem na dwa lata do Łowicza. Ale chciałem grać tutaj i to się chyba nigdy nie zmieni.

Czyli jesteś ełkaesiakiem z krwi i kości?

– Tak! Różne głosy słyszę, ale jak dla mnie to był najlepszy wybór. To naprawdę najfajniejsze lata mojego życia. Drużyna jak jedna wielka rodzina.

Ta koszykarska ekstraklasa, do której awansowałeś z ŁKS-em to był twój najlepszy okres w karierze?

– Zależy o co chodzi mówiąc najlepszy okres. Jeżeli chodzi o sukcesy, to były dwa takie przełomowe momenty. Mistrz Polski z kadetami, później wiadomo, że ten awans. Więc sportowo ta ekstraklasa na pewno jest najwyżej. Może równocześnie z kadrą Polski. Ale tak życiowo, to cały okres mojej kariery jest jednym wielkim sukcesem.

Jak wyglądało twoje wchodzenie do drużyny?

– Czułem się jak w domu. Teraz mamy młodszą drużynę, ale wszyscy się znają. Fajne było to, że jak przyszedłem jako młody do starszych, to czułem mocną opiekę od wszystkich. Byłem niby najmłodszy, a czułem się jak członek rodziny. No i teraz ja trochę przejąłem tą rolę. Przychodzą młodzi, staram się ich trochę ośmielić, tak żeby poczuli się lepiej, żeby nie bali się podejmować decyzji.

Poza tą rodzinną atmosferą i wsparciem młodych graczy, jaki był ten ŁKS, z którym wchodziłeś do ekstraklasy?

– Nie z ekstraklasy, a z pierwszej ligi mam najfajniejsze wspomnienia. Ta hala pod trybuną. Jak pojawiło się tam graffiti, to w ogóle czułem się jak w domu. Full ludzi na trybunach. To są takie przeżycia, że nawet nie jestem w stanie tego opisać, bo naprawdę tam była moc.

Graffiti w starej hali pod trybuną

Była moc na hali, ale jej już nie ma. Błąkaliście się po kilku halach, aż w końcu trafiliście do Zatoki Sportu. Czujecie na niej wsparcie kibiców, czy to już nie to samo co kiedyś?

– Później było ciężko z kibicami. Hala na Skorupki moim zdaniem ciężka do oglądania, bo ile można zobaczyć zza kosza? Tutaj daleko od parkietu. To nie są hale idealne do oglądania koszykówki. I jednak nie ma w adresie tutaj „aleja Unii”, co jednak przyciągało też kibiców. W końcu ŁKS tylko na aleja Unii 2.

Oprócz tego, że hala pod trybuną była przy aleja Unii, to co ona miała w sobie takiego, czego nie miały inne hale?

– Trybunów były bardzo blisko parkietu. Na pewno to się bardzo fajnie oglądało. Dochodziło do różnych sytuacji z sędziami, z kibicami, które można śmiesznie wspominać. I na pewno była presja. Rywal przyjeżdżał i myślę, że był przestraszony. Jak kibice zaczynali śpiewać, to tam wszystko się trzęsło. Ta hala pochłaniała przeciwnika, co nam bardzo pomagało.

Miałeś okazję zabrać tą przysłowiową klepkę z podłogi tej hali podczas rozbiórki? Bo z tego co wiem, to trener Zych taką zabrał.

– Trener ma, ja niestety nie. Nie miałem takiej okazji tam wejść. Na pewno trochę żałuję.

Pod kątem takiego żalu sportowego żałujesz, że ta ekstraklasa nie była w Łodzi aż tak długo?

– Na pewno bardzo żałuje. Od młodego wiedziałem, że chcę grać w ekstraklasie z ŁKS-em. Szkoda, że tak krótko w niej byliśmy, bo fajnie byłoby w niej pograć. Młodzi może mieliby większe ambicje, żeby tam zagrać. I na pewno byłoby im się tam trudniej przebić.

Wasza drużyna to aktualnie mieszanka doświadczenia i młodości. Z twojej perspektywy, jako doświadczonego zawodnika, wprowadzanie tych młodych koszykarzy to dobra opcja, żeby was nieco odciążyć?

– To jest najlepsza opcja. Jeżeli jakiś młody zawodnik ma potencjał, to według mnie jak najszybciej powinien zaczynać przygodę z zawodową koszykówką. To jest zupełnie inne granie. Wiele znaczą też nie umiejętności, a zwyczajnie mądrość gry.

Z tych młodych graczy w ostatnim czasie rośnie Piotr Keller, który razem z tobą i Arkiem Świtem jest takim liderem zespołu. Jak to jest być jednym z tych motorów napędowych drużyny?

– Nie nazwałbym tego tak. Według mnie taką siłą jest cała nasza drużyna. Nie tylko punkty się liczą. Ja na przykład, jeżeli czuję, że w którymś meczu rzuty mi nie siadają i nie zdobywam punktów, to wolę postawić kolegom dobrą zasłonę, żeby oni mieli wolny rzut. Żeby był sukces, musi być drużyna.

Bartłomiej Bartoszewicz podczas meczu z PKK 99 Pabianice fot. Łukasz Żuchowski

Jako jeden z bardziej doświadczonych zawodników widzisz w obecnej drużynie potencjał na walkę w play-offach, a może nawet i na awans do 1 ligi?

– Play-offów to jestem pewien, tam na pewno powalczymy. Awans? Nie wiem czy trochę jednak doświadczenia nam nie brakuje. Jednak jesteśmy jeszcze młodą drużyną, a mecze w play-offach różnią się od meczy w grupie.

Kończąc już powoli zadam może nieco podchwytliwe pytanie – jaki jest najpiękniejszy moment, który miałeś okazję przeżyć w ŁKS-ie?

–  Nie wiem, za dużo ich jest. Jest jeden mecz, którego nie pamiętam. Był bity rekord na Atlas Arenie, wychodzę na parkiet, wracam do domu i patrzę, że na trybunach była flaga na całą halę. Nie pamiętam tego, tak byłem podekscytowany tym, że jako młody zawodnik wychodzę na ten mecz. Ale dużo jest takich momentów. W kadetach mistrz Polski, najlepszy strzelec i MVP. Awanse, feta. Pełno jest wspaniałych momentów.

A co chciałbyś jeszcze osiągnąć z ŁKS-em?

– Osiągnąłem już wszystko. Pewnie, że kolejne awanse, do pierwszej ligi bardzo chętnie. Ale ja już jestem spełniony. Jestem szczęśliwy z tego, co przeżyłem w ŁKS-ie.

Bartłomiejem Bartoszewiczem rozmawiał Dęder.