Kibice

Ełkaesiak na piątkę!

Ełkaesiak na piątkę!

Postanowił, że nie będzie udawać polityka. Żadnych okrągłych słówek, czczych obietnic, debat i nawijania makaronu na uszy. Zamiast tego robota. Taka od podstaw, taka fest i galanta, mało efekciarska, która może się nie „klika”, ale jest ważna. To praca w zgodzie z samym sobą. W zgodzie z tym, w co wierzy. A akurat tak się składa, że Mariusz Przybyła wierzy w ŁKS.

Łódzki Klub Sportowy wyniósł z domu. W tej historii nie ma ojca, z którym chodził na mecze. Stracił go wcześnie. Na stadion zabierał go starszy brat i nadal chodzą tu razem. Słońce czy deszcz, w białej koszulce i z szalikiem, ramię w ramię, oczywiście na Galerę; no bo gdzie indziej?

Byli tutaj – w al. Unii 2 – już znacznie wcześniej. Jeszcze w czasach gdy nasi piłkarze walczyli o medale (albo i kopali się po czołach) na sypiącej się ruinie, i gdy starszy brat w najśmielszych snach nie przypuszczał, że „młody” będzie jednym z tych, którzy w końcu wezmą sprawy w swoje ręce i ziszczą marzenie ełkaesiaków. Dopiął swego. Marzenie ziściło się dwa lata temu. Stadion Króla. Nowoczesny, piękny, na miarę naszych aspiracji. Taki na jaki ŁKS zasługiwał od dawna.

Mariusz Przybyła należał do najaktywniejszym członków komitetu budowy stadionu, był też częścią zespołu siatkarskiego ŁKS-u, który dwukrotnie sięgnął po mistrzostwo Polski, ale lista jego dokonań jest dłuższa: organizacja pikników dla dzieci i turniejów, popularyzacja ŁKS-u w mieście i regionie, współpraca ze szkołami, czy chociażby zwyczajna ludzka pomoc dla ełkaesiaków, którym w życiu noga się powinęła – wszystko to, nie wzięło się z sufitu. Trzeba było przekonywać, zachęcać, tłumaczyć, a gdy zatrzaskiwali drzwi przed nosem, wskakiwać oknem. Troszczy się o pamięć o przeszłości. Dba o teraźniejszość. Cały czas działa dla przyszłości. Wszędzie go pełno. Poświęcił tysiące godzin, wydzieranych rodzinie i przyjaciołom, aby przekonać do ŁKS-u nieprzekonanych i aby efekty działań nie poszły na marne.

Nie inaczej było w przypadku biegu „Tropem Wilczym Łódź”, słynnej już nie tylko w gronie kibiców „Wigilii z Kibolem” organizowanej przez Stowarzyszenie Kibiców ŁKS, czy akcji fundowanych karnetów dla najmłodszych. W każdej z tych akcji Mariusz Przybyła daje z siebie maksa i bynajmniej nie w roli kogoś, kto siedzi w wygodnym fotelu z założonymi rękami. On tak nie potrafi. Lubi działać, lubi wziąć sprawy w swoje ręce, nie boi się odpowiedzialności. Dlatego gdy na szali ŁKS – chodzi od drzwi do drzwi, zaraża entuzjazmem i gdy trzeba wywierca dziurę w brzuchu aż do skutku. Nigdy się nie zniechęca, bo przecież nie każdą walkę można wygrać. Próbuje znów. Próbuje kolejny raz.

I – trzeba przyznać – jest w tym piekielnie skuteczny, co zresztą nakręca jeszcze bardziej. Trzeba było zobaczyć uśmiech na jego twarzy, gdy na starcie biegu „Tropem Wilczym Łódź” stanęło 700 uczestników, albo gdy do wsparcia „Wigilii z Kibolem” udało mu się przekonać kilku ważnych sponsorów. Właśnie takie rzeczy sprawiają mu największą frajdę, nawet jeśli pewni panowie w garniturach i panie w eleganckich garsonkach kręcą z politowaniem głową, szepcąc gdzieś pod nosem o „kibolu”, którego miejsce jest na stadionie.

Dawno przestał się tym przejmować. Od 2014 roku reprezentuje nasz klub w Radzie Miejskiej i nie ukrywa, że ŁKS jest jedynym, co trzyma go w gmachu przy ulicy Piotrkowskiej. Bezpartyjny, nigdy nie interesowały go zakulisowe rozgrywki i światopoglądowe spory, więc kariery w wielkim świecie polityki na pewno nie zrobi. I całe szczęście, bo jest potrzebny gdzie indziej. Tutaj, czyli w Łodzi, na Piotrkowskiej, na Starym Polesiu, gdzie się wychował, na Kozinach, Zdrowiu, Złotnie i przede wszystkim w al. Unii 2.

– Na ŁKS-ie dla mnie sytuacja od dawna była prosta – mówi Kuba Olkiewicz. – Jeśli chcesz coś zorganizować, jeśli chcesz coś zrobić dla lokalnej społeczności, jeśli chcesz się z kimś skontaktować, albo cokolwiek załatwić, robisz to sam, albo… prosisz o pomoc Mariusza Przybyłę. Popularne powiedzonko: „ja nie jestem zupa pomidorowa, żeby każdy mnie lubił”, tutaj nie znajduje zastosowania, bo naprawdę długo trzeba szukać, by znaleźć na ŁKS-ie kogoś, kto Mariusza nie zna, albo zna i nie darzy szacunkiem. Ale żeby nie wyszło tanio, pompatycznie i cukierkowo – najważniejsza w tej pozytywnej „nerwicy” Mariusza jest czysta, niczym nieskrępowana pasja, która napędza do działania każdego z nas. Nigdy nie zapomnę, gdy staliśmy pod stadionem po przegranej inauguracji ubiegłego sezonu pierwszej ligi. Przerżnięty 0:2 mecz z GKS-em Katowice był kolejnym gwoździem, który piłkarze przybijali nam od momentu otwarcia nowego stadionu. Narzekałem wówczas – jak to ja – na wszystko, długo, przeciągle i żałośnie. Mariusz zaś… był po prostu sobą. Nakręcał na ŁKS – mówi fan naszego klubu.

Mariusz Przybyła działa dalej na rzecz tych wszystkich rzeczy sprawiających, że ŁKS jest zwyczajnie lepszy, skuteczniejszy, jeszcze bardziej godny i jeszcze bardziej słyszalny. Mariusz Przybyła zakasuje rękawy, żeby nikt nie zapomniał, że ŁKS nie jest niczyim kaprysem. Że to nadal coś, co ekscytuje tysiące łodzian, którym porządek i rytm życia wyznacza ligowy terminarz. I chociaż niektórym nie mieści się to w głowie, to ten ŁKS stanowi ważniejszą część życia wielu ludzi niż jałowe spory, którymi uparcie zaprząta się nasze głowy.

Coś tak istotnego; coś czym żyje pół miasta; coś o czym dyskutuje się codziennie w domach, w Internecie, w pracy i z kumplami z osiedla nie może nie mieć swojego przedstawiciela w Radzie Miasta. ŁKS jest po prostu zbyt ważną sprawą, zbyt cenną dla miasta, zbyt drogą wielu łodzianom. Mariusz Przybyła – ełkaesiak na piątkę – zadba o to, żeby nikt o tym nie zapomniał.

Wybory samorządowe – 7.04.2024r.
Mariusz Przybyła, okręg nr 3, lista nr 5, miejsce nr 5
Musisz nam pomóc!