Remigiusz Piotrowski: Nigdy nie zamierzałem „walczyć piórem” dla ŁKS-u, nie taka była moja rola

Niegdyś redaktor ŁKSFans czy „Dziennika Łódzkiego”, a obecnie pracownik biura prasowego ŁKS oraz człowiek, który o historii „Rycerzy Wiosny” wie więcej niż niejeden kibic. W 10 odcinku cyklu „Rozmowy przy U2” rozmawialiśmy z Remigiuszem Piotrowskim.

Urodziłeś się z piórem, czy jednak encyklopedią w ręce?

– Przede wszystkim z książką, bo to chyba literatura była najważniejsza. Jestem introwertykiem i być może dlatego z książką w ręku, gdzieś tam na uboczu, zawsze było mi najlepiej.

Jesteś bardzo mocno związany z Łodzią, takim wręcz łodzianinem z krwi i kości. Poznawanie historii naszego miasta pomaga w przywiązaniu się do niego?

– Przede wszystkim przeszkadza, bo nie zawsze potrafiłem rozumieć nasze miasto tak, jak próbowałby je zrozumieć tzw. bezstronny obserwator. Zresztą, nie wierzę w obiektywizm. Obiektywna jest tylko przyroda. Ludzie z natury są subiektywni. Staram się być więc nie tyle obiektywny, ile uczciwy. Nie zawsze wychodzi i ta łódzkość chyba tutaj odrobinę na to wpływa.

Jak sam o sobie piszesz – twoimi pasjami są historia pierwszej połowy XX wieku i piłki nożnej. Poznawanie której z tych dziedzin może bardziej rozwinąć? Jak to wszystko się zaczęło?

– Nie wiem, która rozwija bardziej, z pewnością obie są ze sobą ściśle powiązane. A co do zainteresowania historią, to myślę, że ono w takiej czy innej formie siedzi w każdym z nas. Ludzie od zawsze snuli opowieści, zawsze próbowali zrozumieć przeszłość, zawsze też wierzyli naiwnie w to, że można się uczyć na błędach.

Remigiusz Piotrowski podpisujący swoją książkę „Rozkaz: Trzaskać!” fot. ŁKS Łódź

Kultywowanie pamięci o historii jest z twojej perspektywy ważne?

– Zapewne dość ważne, choćby dlatego, że chociaż nie wierzę w to, że historia się powtarza, to jestem pewny, że powtarzają się jej pewne mechanizmy i towarzyszące jej zjawiska. Historia to zawsze przede wszystkim bolesna lekcja pokory, szacunku i przy tym ciekawa zabawa intelektualna. Prawdą jest także to, że historia bywa pretekstem, żeby poczuć się lepiej, schlebić sobie.

Przejdźmy do bardziej przyziemnych tematów – pamiętasz jak trafiłeś na ŁKS? To była miłość od pierwszego wejrzenia?

– Miłość to za duże słowo, natomiast coś tamtego kwietniowego dnia 1990 roku faktycznie mnie w tym całym bałaganie zaintrygowało, a z czasem przeszło w coś, bez czego człowiek czuje się jak bez ręki, zwyczajnie nie na miejscu.

Poznawanie historii klubu zapewne pomaga w pielęgnowaniu tego uczucia.

Na pewno dzięki badaniu historii klub stał mi się bliższy, ale jak na ironię losu właśnie historia sprawiła, że na pewne zjawiska zdołałem spojrzeć z dystansem i bez tego całego emocjonalnego bagażu, którego wciąż nie potrafię pozbyć się na przykład doświadczając ŁKS-u podczas meczów. Tam, w całej tej historii, jestem chyba dziś już ciut rozsądniejszy. Tutaj, na stadionie, podczas meczu, wciąż zachowuje się czasami jak smarkacz.

Z okazji 110-lecia ŁKS-u napisałeś książkę „110 meczów na 110-lecie Łódzkiego Klubu Sportowego”. Jaki był to dla ciebie projekt?

– Na pewno ważny i na pewno pozwolił zdobyć nowe informacje. Nie była to praca stricte badawcza, miała charakter popularyzatorski, a przede wszystkim sprawiła mi dużo satysfakcji, chociaż tak jak w przypadku poprzednich moich książek, wiele rzeczy dzisiaj już mi się w niej nie podoba.

Książka „110 meczów na 110-lecie Łódzkiego Klubu Sportowego” fot. Łukasz Żuchowski

Nowe informacje zawsze poszerzają horyzonty. Myślisz, że więcej o historii ŁKS-u wiesz ty, czy na przykład pan Jacek Bogusiak? 

– Zdecydowanie postawiłbym tutaj na pana Jacka Bogusiaka, który poza wiedzą posiada imponującą kolekcję ełkaesiackich pamiątek.

Dlaczego zdecydowałeś się zostać dziennikarzem? Nie wydaje się to być zbyt popularna w obecnych czasach ścieżka kariery.

– Nie przepadam za modą na relatywizowanie pojęć, ale akurat tutaj sobie na to pozwolę. Dziennikarstwo to pojęcie względne. Dziennikarzem z nazwy byłem w życiu tylko kilka razy.

Ale jednak wielu kibiców ŁKS-u docenia Twoje pióro i uważa Cię za jednego z lepszych w tym fachu. Jakie masz podejście do takich opinii?

– Dziękuję i doceniam każde takie słowo, ale zawsze w takich przypadkach zachęcam do lektury Marka Hłaski i kilku innych autorów, bo tam możemy rozmawiać o „dobrym piórze”.

Bardzo długo byłeś związany z ŁKSFans. Jak wspominasz czasy pisania dla naszego wspólnego portalu?

– Bardzo ważny, ciepły, zajmujący czas, w trakcie którego poznałem – przepraszam za banał, bo często przy takich okazjach właśnie takie rzeczy się mówi – fantastycznych ludzi. Kiedy ktoś podrzuca mi tekst napisany dla tamtych Fansów przed kilkunastoma laty jestem odrobinę zażenowany, bo nie ma w tym ani stylu, a i treści nie zawsze dużo, ale ten poligon doświadczalny na ŁKSFans nauczył mnie bardzo dużo.

Miałeś okazję współtworzyć Fansy w okresie świętowania dziesięciolecia portalu. Z tej okazji wydaliście m.in. specjalny magazyn. Dużo było przy nim pracy?

– Niewiele wtedy spaliśmy, wraz z Wojtkiem Wachulcem [ówczesny red. naczelny – przyp. red.] i pozostałymi chłopakami zaniedbaliśmy czy to pracę, czy to rodziny, czy to naukę, ale warto było. W tej małej książeczce jest dużo tamtego fansowego stylu bycia i serca. To uczciwa rzecz.

Magazyn wydany z okazji 10-lecia ŁKSFans.pl

Z ŁKSFans wypłynąłeś na łamy Dziennika Łódzkiego, gdzie Twoje artykuły przyciągały oko kibiców ŁKS-u. Czujesz, że wówczas nieco „walczyłeś piórem” dla ŁKS-u?

– Myślę, że akurat dla „Dziennika Łódzkiego” ta moja kilkuletnia współpraca z ŁKSFans nie miała znaczenia, natomiast ten rok spędzony w tej redakcji też wspominam ciepło. Zajmowałem się w życiu wieloma rzeczami, ale niewiele było takich, które dały mi taką satysfakcję jak praca w „Dzienniku Łódzkim”. A co do twojego pytania – nie zamierzałem „walczyć piórem” dla ŁKS-u, bo nie taka była tam moja rola. Jeśli ktoś odniósł takie wrażenie, to oznacza, że zwyczajnie nie potrafiłem dostatecznie odsunąć na bok swoich sympatii kibicowskich.

Miałeś okazję poznać ten świat od środka, więc nie sposób nie zapytać – czego brakuje działom sportowym łódzkich gazet i portali, żeby móc nazwać je bardziej rzetelnymi? 

– Staram się być dżentelmenem, a takiemu nie wypada komentować pracy kolegów. Musisz mi więc wybaczyć. Powiem ogólnie i nie dotyczy to tylko łódzkiej, krakowskiej czy warszawskiej prasy. Martwi mnie kondycja prasy, ale i nie mniej także gust czytelnika. Wbrew pozorom to system naczyń połączonych. Jedno wynika z drugiego, drugie z tego pierwszego. I nie jest to zagadnienie, które można zamknąć w jednym prostym pytaniu i w jednej prostej odpowiedzi.

Obecnie jesteś pracownikiem ŁKS-u, co wydaje się być połączeniem Twoich dwóch pasji – piłki nożnej i pisania. Długo zastanawiałeś się, kiedy otrzymałeś propozycję?

– Nie zastanawiałem się nawet chwili, bo – chociaż zabrzmi to może trochę głupio – zawsze o tym marzyłem. Mam w życiu więcej szczęścia niż rozumu, bo chciałem i pisać książki, i pracować w gazecie, i zostać pracownikiem ŁKS-u. Nie ukrywam, że to ostatnie znajdowało się zawsze na czele listy.

Twoim oczkiem w głowie jest sekcja piłkarska, czy śledzisz też losy innych sekcji?

– Oczywiście, że tak. Bardzo lubiłem w „Dzienniku Łódzkim” zajmować się siatkarkami ŁKS-u i trochę mi tego brakuje, chociaż o samej dyscyplinie sportu niestety wiem znacznie mniej od kilku łódzkich dziennikarzy na czele z Krzysztofem Sędzickim czy Piotrem Andrzejczakiem. Dzisiaj, tak jak każdy ełkaesiak, trzymam kciuki za siatkarki, koszykarki, koszykarzy, bokserów Grzegorza Golińskiego i każdego sportowca z przeplatanką na piersi. Inaczej przecież nie można.

Na zakończenie rozmowy zadam chyba najtrudniejsze pytanie – jaki jest najpiękniejszy moment, który miałeś okazję przeżyć będąc związanym z ŁKS-em?

– Mam nadzieje, że ten jest dopiero przede mną. Ten mój sposób przeżywania wszystkiego co związane z ŁKS-em jest dość chyba osobliwy. Może to przyszło z wiekiem, w każdym razie po wygranych meczach czuję dziś nie tyle euforię, ile przede wszystkim ulgę, natomiast, kiedy wynik jest zły – strasznie biadolę przez kilka dni, chociaż zawsze w domowym zaciszu. Bardzo bym chciał, żeby kolejny kamień spadł mi z serca w czerwcu.

Remigiuszem Piotrowskim rozmawiał Dęder.