Ciężko jest napisać cokolwiek w takiej chwili. A terminy gonią i redaktor naczelny naciska. Choć nie miałem, niczym większość sympatyków klubu z al. Unii Lubelskich, rozbuchanych nadziei po środowej decyzji Komisji ds. Nagłych, to gdzieś tam zatliła się iskierka, że może będzie dobrze. Nie będzie. Bo chyba być nie mogło. Skoro nie stało się to 28 maja, czy w późniejszych terminach, to dlaczego miało stać się to teraz?
Jest. Nie ma. Jest. Nie ma. Jest. Nie ma… Chyba jest… Ale aby być tego pewnym należy poczekać do najbliższego wtorku. Póki co umiarkowany optymizm i czujność. Przecież co siedzi w ich głowach nie jest w stanie odgadnąć nikt…
Felietony mają to do siebie, że mogą być pisane poniewczasie. Owszem, częstokroć dotyczą spraw bieżących, a pisane są niemal "na gorąco", ale nie jest to ich wymóg. Tak też jest z dzisiejszymi wypocinami. W zasadzie powinny ukazać się one tydzień temu, tuż po wydarzeniach, które bezpośrednio mnie skłoniły do ich napisania. Ale i na urlopie byłem, a i przyznam szczerze nie do końca mi się chciało.
Bardzo prawdopodobne, że naszym udziałem będzie czarny scenariusz. Wreszcie stanie się to, na co zanosiło się od kilku tygodni, a o czym nie chcieliśmy wcześniej nawet myśleć. Łódzki Klub Sportowy może nie otrzymać licencji na grę w Ekstraklasie. W tej chwili wydaje się to już niemal pewne. Stało się…
Miało nie być już o licencji, odwołaniach i PZPN-ie. Miało być wreszcie o piłce, transferach, sporcie. Panowie z Miodowej nie dają mi ciągle szansy na zajęcie się tym, na czym znam się stosunkowo najlepiej. Jeśli ktoś nie ma już ochoty czytania o całej sprawie rozumiem go doskonale i odsyłam do przyjemniejszego zajęcia. Póki co myśleć o niczym innym nie umiem…
W natłoku faktów, dziwactw, niedorzeczności wyłania się obraz ludzi, którzy karzą innych, ale sami do karania nie mają żadnych moralnych, etycznych i merytorycznych praw. Nie przyznanie licencji dla ŁKS-u to tylko jedna ze spraw, które ciążyć powinny na sumieniach panów z Miodowej...
Na dobranoc bajka smętna, smutna i smutnawa… Bez morału i puenty, ani zabawna, ani pouczająca. Czarna, ciemna i pełna pustej melancholii. Bez sensu, bez pomysłu, bez dowcipu… Oby pierwsza i ostatnia.
Liczyłem, że dziś napiszę coś innego. Może nie tryumfalnie ogłoszę fakt, że mamy licencję, bo ani się do tego tryumfu nie przyczyniłbym, a też nie uważałbym go za takowy. Byłoby to raczej zwycięstwo "marchewki" nad "kijem". Byłoby, ale nie jest. Jest odwrotnie. Koszmar jednej myśli przedłużyli nam tym razem działacze Polskiego Związku Piłki Nożnej.
Nie lubię koszykówki. Nigdy jej nie lubiłem. Prawdopodobnie wynika to z kilku przyczyn. W dzieciństwie, w środowisku mi bliskim panowała opinia, że ludzie dzielą się na tych, którzy grają w piłkę i "tych bogatych, którzy grają w kosza". Należałem do tej pierwszej grupy.
Kolejny sezon przejdzie za kilka godzin do historii… Czas na podsumowania, analizy, komentarze nadejdzie wielkimi krokami wraz z ostatnim gwizdkiem arbitra dzisiejszego spotkania z Polonią Bytom. Będziemy się koło godziny 19.00 cieszyć? Martwić? Pluć sobie w brodę?
Górnik musi wygrać, albo Arka. A może Lechia nie może zdobyć trzech punktów? Od niedzielnego poranka większość rozmów dotyczy tego, jakie wyniki powinny paść w ostatniej kolejce ekstraklasy tak, aby ŁKS się w niej na pewno utrzymał. Z ojcem, kolegami, nawet z dziewczyną, choć ta pewnie jest najmniej tym zainteresowana, rozmawiam głównie o tym.
Futbolowe zawały serca zdarzały się nie raz, ani nie dwa razy. Sięgając pamięcią do przeszłości można by przytoczyć co najmniej kilka przykładów, gdy pozornie mająca służyć rozrywce gra przemieniała się w dramat.
Wpływ na emocje dnia kolejnego, a i myśli płynące przez korę mózgową, częstokroć ma wynik meczu z dnia uprzedniego. Lepiej wstaje się rano do pracy, gdy w niedzielę ŁKS wygrywa czy nawet dokonuje jakiejś niespodzianki. Znacznie gorzej jest, kiedy nasi piłkarze przegrywają. A już nadmiar tragicznie jest, gdy przegrywają nie chcąc się za bardzo wysilać.
Ostatnio sporo czytałem o tym zjawisku. Jak uważają fachowcy z dziedziny medycyny jest rodzajem objawu subiektywnego, podobnie jak ból, który jest symptomem choroby. Sygnalizuje o czymś, co dzieje się w naszym organizmie, a co jest wysoce nieporządne.
Oczywiście, nie będę recenzować romansu Jane Austen o tym tytule. Ani go nie czytałem, ani też to nie miejsce na to. Również w milczeniu pozostawię film nakręcony na jego kanwie, choć ten już miałem okazję widzieć. I poza jak zwykle śliczną Keirą Knightley, nic więcej nie potrafię o nim powiedzieć. Dziś będzie o dwóch przeciwstawnych uczuciach, czyli o ŁKS.
Większość z Was zapewne widziała komedię Juliusza Machulskiego z Markiem Kondratem w roli głównej. Obraz ten nie należy z pewnością do najlepszych, jakie widziałem w życiu, powiem nawet więcej – kinematografia to banalna i bardzo jednoznaczna, a jednak warto było poświęcić kilka lat temu półtorej godziny, żeby poznać historię wielkiego biznesmena, którego los i mocno „zmęczeni” życiem mieszkańcy małej wioski zmusiły do robienia interesów tam, gdzie wydawałoby się, pieniędzy zrobić się nie da.
W ostatnich dniach wybrałem się na spacer wzdłuż Neru. Piękna pogoda, ciekawe miejsce – pomyślałem – warto się przejść. Tym bardziej, że jak żywo pamiętam szczenięce chwile, kiedy łaziłem tam z rodzicami, tudzież kolegami. W różnych celach.
Kilka sekund to dużo i mało. Można przegrany mecz wygrać. Można wygrany przegrać. Kiedy w sobotę około godziny 17.50 piłka po potwornym zamieszaniu w naszym polu karnym zatrzepotała w siatce. Poczułem się okropnie. Poczułem się jak walnięty obuchem. Jak naiwne dziecko oszukane przez dorosłych po raz kolejny. Niczym mantra nieznośnie chodziła po głowie myśl: „znowu”, „znowu”, „znowu”…
Dziś jak wszyscy doskonale wiemy, jest 1 Maja. Dzień ustawowo uznany za wolny od pracy…Ma on strasznie charakterystyczny wymiar…Nad miastem unosi się smakowity zapach grillowanej kiełbaski oraz delikatna woń chmielowego napitku,…Lecz powróćmy jednak do samej pracy,…Bo póki pracujesz, nie ma czasu spojrzeć życiu w oczy….
Początkowo miał tu się znaleźć zupełnie inny felieton. Ot, luźne, nieco humorystyczne spostrzeżenia na pewne sprawy. Tak miało być, bo przecież, co pisać po spokojnym zwycięstwie nad Piastem Gliwice? Po tym pojedynku jednak zmieniłem zamysł i na kartkę, a później ekran komputera wylałem żale do naszych piłkarzy, działaczy, kibiców i wszystkich winnych niedzielnego blamażu.
Trenerski fach nie należy do najłatwiejszych. Ogromny stres łączy się w nim z odpowiedzialnością za wynik zespołu. Naciski ze strony mediów, futbolowych specjalistów i wszystkowiedzących kibiców powodują, że praca trenera nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie, to pasmo nieprzyjemności, wyrzeczeń i nerwów, przypłaconych nierzadko palpitacją serca.
Takie to oto przemyślenia z powieści Winstona Grooma „Forrest Gump”, zekranizowanej w 1994 roku przez Roberta Zemeckisa chyba najbardziej pasują do sytuacji w Łódzkim Klubie Sportowym. Tak to już jest z naszym ukochanym klubem, że nigdy nie wiesz na co możesz liczyć. Kiedy myślisz sobie - na pewno przegrają, Oni wygrywają, kiedy myślisz odwrotnie przełykasz gorycz porażki.
45 mln złotych, tyle wynosi budżet Lecha Poznań na sezon 2008/2009. Natomiast ŁKS utrzymuje się głównie dzięki transmisjom telewizyjnym. Zastrzyk gotówki dla biało-czerwono-białych na początek sezonu, to według różnorakich gazet i tygodników, 8,5 mln złotych. Przepaść finansowa jak najbardziej widoczna, ale to przecież wynik konfrontacji obu drużyn jest tak naprawdę ważny...
Poznań – piękne miasto. Ilekroć mogę, staram się być w nim. Koneksje rodzinne, sentyment, ale przede wszystkim wzór dla innych miast. Jak można się rozwijać, inwestując w sport, nowe miejsca pracy, rozrywkę, kulturę i transport. Nic, tylko mieszkać w takim mieście.
ŁKS pozwala się nam cieszyć nie często. Taki już nas los. Niektórzy pomstują… ach gdyby się tak urodzić w wielkim Londynie, Manchesterze, w Mediolanie, albo chociaż Dortmundzie… A ja akurat tutaj… W mieście, które podupadło gospodarczo w drugiej połowie dwudziestego wieku, w mieście, w którym piłkarze grają tak sobie, raczej bez wyrazu, chimerycznie, rzadko z polotem i finezją.
Święta to czas refleksji – banał przekuwany częstokroć w rzeczywistość. Faktycznie, czas świąt, jakie by one nie były, nastraja (a może raczej umożliwia?) do znalezienia chwili, by zastanowić się nad tym, czy owym. Zarówno nad celem, do którego się dąży, jak i tym, ile dany samochód "pali na setkę". I choć z wiekiem (ach, jakim ja stary!) coraz mniej czasu można (a może się chce?) poświęcić na przemyślenia, to wśród różnorakich rozważań, nie może zabraknąć i tych dotyczących Łódzkiego Klubu Sportowego.
Przypatrując się w ubiegły czwartek pojedynczym zagraniom naszego defensywnego pomocnika, każdej piłce, którą posyłał w stronę kolegów, startom do futbolówki, walce, czasami niemal w parterze, jego zawziętości i błyskowi w oku, zrobiło mi się tak jakoś cieplej na sercu…
Od zawsze nie rozumiałam dlaczego kobiety nie powinno się pytać o wiek. Przecież i tak ma się tyle lat na ile się wygląda i na ile się czuje. No właśnie - ja również mimo upływających lat nie uważam się za człowieka z (...) - tką na karku...